Feeds:
Wpisy
Komentarze

kredyt na domDecydując się na kredyt hipoteczny stajemy przed wyborem waluty kredytu. Polski złoty, euro czy frank szwajcarski? Skupmy się jednak na kredycie w walucie euro. Przyjrzyjmy się wszystkim jego wadom i zaletom.
Zacznijmy od teraźniejszością, czyli ile na chwilę obecną będzie kosztować nas kredyt w złotych, a ile w walicie obcej. Zakładamy kredyt w wysokości 300 000 zł na 30 lat, płacony w ratach równych. Oprocentowanie nominalne dla kredytu w walucie polskiej na poziomie 6,50 % oraz dla euro w wysokości 4,50 %. Symulacja spłaty kredytu znajduje się w tabeli poniżej.

Czytaj dalej »

Reklamy

Pod koniec lutego hiszpański Santander przejął kontrolę nad Kredyt Bankiem. To już trzeci, po AIG i BZ WBK bank zakupiony przez giganta z Półwyspu Iberyjskiego. Po tej transakcji Santander awansował na trzecie miejsce na polskim rynku bankowym, z 10 proc. udziału w kredytach i 12 proc. w depozytach.

Analitycy prognozują, że cztery największe grupy bankowe w Polsce, czyli PKO, Pekao, Santander i BRE będą już wkrótce kontrolować 45 proc. aktywów, 48 proc. rynku kredytowego i 54 proc. depozytowego. Ten stopień koncentracji nie jest jednak niczym nadzwyczajnym: w Belgii i Holandii pięć największych banków kontroluje nawet 80-90 proc. rynku, zaś koncentracja rynku bankowego we Włoszech czy Francji oznacza kontrolę ze strony największych banków ok. 65 proc. rynku. To zaś oznacza, najprawdopodobniej, że w niedalekiej przyszłości możemy mieć do czynienia z dalszym ciągiem koncentracji.

Jakie są możliwe scenariusze? Wśród banków, które mogą i chcą awansować do „pierwszej piątki”, a może nawet czwórki czy trójki eksperci typują przede wszystkim BNP Paribas, któremu do tej pory udało się przejąć Dominet Bank i Fortis, ale zgłaszał też chęć zakupu Banku Millenium i BZ WBK. Niewykluczone, że jeśli sprawdzą się pogłoski, iż Commerzbank musi wystawić na sprzedaż BRE Banku, francuski bank ustawi się jako pierwszy w kolejce. Niewykluczone, ale nie – pewne. Bo aktywa BRE Banku są co prawda kuszące, ale ta pokusa jest obciążona poważną skazą – kredyty we frankach szwajcarskich, udzielane przez lata hojną ręką przez mBank i Multibank. Każdy, kto myśli o kupieniu BRE Banku musiałby zabezpieczyć miliardy franków na zabezpieczenie tych kredytów.

Inny duży gracz, który może zostać wystawiony na sprzedaż to Millenium Bank – i tutaj również możliwe (raczej pewne) jest zainteresowanie ze strony BNP Paribas. Gdyby udało się sfinalizować obydwie transakcje, francuski bank awansowałby, przebojem do ścisłej czołówki największych graczy.

Zainteresowanie wejściem na polski rynek deklaruje od pewnego czasu rosyjski Sbierbank. Pytanie, od jakiego banku Rosjanie zaczęliby swoją ekspansję rozpala wyobraźnię analityków, ale wszystko wskazuje, że przedwcześnie. Rosyjski bank jest bankiem państwowym i jako taki nie może liczyć na zgodę Komisji Nadzoru Finansowego na zakup banku w Polsce.

O ile więc można być pewnym, że koncentracja na rynku bankowym w Polsce będzie postępować, o tyle wskazanie realnego scenariusza w tej chwili jest jeszcze przedwczesne.

BGŻ już raz był pionierem innowacyjnych rozwiązań, przyciągających klientów do banku. To właśnie ten bank jako pierwszy wprowadził konto z podwyżką: klient ze stałymi dochodami na konto, aktywnie z tego konta korzystający mógł liczyć na 1 proc. podwyżki naliczanej od jednego, najwyższego wpływu w miesiącu – pensji, emerytury, renty. To unikalne rozwiązanie, inne banki promujące usługę money-back uzależniały i uzależniają zwrot pieniędzy na konto od wysokości transakcji dokonywanych kartami płatniczymi.

Konto BGŻ z premią spodobało się klientom, mieli o nim dobre opinie – założyli w ubiegłym roku 80 tysięcy takich rachunków, czyli cztery na pięć kont zakładanych w BGŻ. Nic dziwnego, że w nowej kampanii promującej konta osobiste bank stawia na wypróbowany pomysł, tylko że „Konto z podwyżką” zastępuje „Konto z premią”. Jego warunki? Nadal będzie można uzyskać do 600 złotych premii rocznie, na podstawie przelewanych na konto dochodów.

Do zakładania kont będą zachęcać „bracia mniejsi”, czyli zwierzątka. Reklamy do żywego przypominają filmy animowane dla dzieci. Kampanię rozpoczęły wiewiórki, kojarzące się z zapobiegliwością i oszczędzaniem. „Człowieku, załóż konto w BGŻ!” to bardzo dobre hasło, w dodatku zwierzątka przecież zawsze są prawdomówne. Nawet wtedy, gdy zatrudniają się w reklamie?

BGŻ od dawna chce budować wizerunek banku wiarygodnego i liczącego się nie tylko z własnymi zyskami, ale też z dobrem klienta, z przejrzystością relacji między bankiem a klientem. To właśnie w BGŻ lokaty, które wygasły, są przerzucane na korzystnie oprocentowane konto oszczędnościowe, nie zaś – jak często praktykują banki – na konto techniczne, praktycznie nieoprocentowane. W tym kontekście jedyną rzeczą, do której można mieć zastrzeżenia, jest eksponowanie wysokości premii (do 600 złotych), podczas gdy na tę maksymalną kwotę może liczyć niewielu klientów (warunek podstawowy, dochody minimum 5 tysięcy złotych miesięcznie netto). Choć z drugiej strony – ten mocny akcent występuje w skrótowej siłą rzeczy reklamie telewizyjnej, w materiałach które klienci otrzymują w banku, wszystko jest „po bożemu” wyjaśnione.

BGŻ zapowiada również wprowadzenie na rynek nowych ofert, w tym łatwego kredytu hipotecznego oraz konta dla dzieci i młodzieży.

W drugim kwartale 2011 roku banki udzieliły 61,5 tysiąca kredytów hipotecznych – o 1,25 proc. mniej niż rok wcześniej. Ale wartość udzielonych kredytów była wyższa – o 2,5 proc. i przekroczyła 13 mld złotych.

W okresie lipiec 2010-czerwiec 2011 sprzedaż kredytów hipotecznych wyniosła 238,3 tys. sztuk czyli 14,44 proc. więcej niż rok wcześniej – wynika z danych Open Finance, przygotowanych na podstawie ankiet odesłanych przez dziewiętnaście polskich banków. Drugi kwartał tego roku zanotował co prawda niewielki spadek liczby kredytów, ale analitycy nie mają wątpliwości, że na rynku kredytów hipotecznych zapanowała stabilizacja.

Widocznym trendem jest spadek liczby udzielonych kredytów walutowych (o ponad jedną piątą). Bez wątpienia najważniejszym powodem tego zjawiska są rekomendacje Komisji Nadzoru Finansowego.

Jednak rekomendacja nie działa identycznie we wszystkich bankach. W drugim kwartale w trzech bankach kredyty walutowe stanowią 85 proc. udzielonych pożyczek, w kilku następnych co drugi udzielony kredyt jest w walucie. Z drugiej strony – są banki które w tym samym czasie zmniejszyły liczbę kredytów w walutach o kilkadziesiąt procent.

Pewną alternatywą dla kredytów walutowych stały się w ostatnich latach kredyty z dopłatą z budżetu państwa, czyli program Rodzina na Swoim. W ciągu ostatnich dwunastu miesięcy liczba kredytów preferencyjnych wzrosła z 15,6 proc. do 23,25 proc. Jednak zapewne wyniki III kwartału będą już nieco gorsze – pod koniec sierpnia weszły w życie zmiany, ograniczające dostęp do programu.

W porównaniu do drugiego kwartału ubiegłego roku wzrosła przeciętna wartość udzielonego kredytu – wyniosła ona 213,9 tys. zł, czyli o ok. 5 tysięcy zł mniej niż w pierwszym kwartale 2011 roku.

Bez wątpienia pierwsza połowa 2011 roku dla banków udzielających kredytów hipotecznych była udana. Spory wpływ na dobre wyniki sprzedaży miały zapowiadane zmiany w programie Rodzina na Swoim. Część klientów podjęło decyzję o kredycie, by skorzystać z wysokich limitów cen mieszkań kwalifikujących się do programu.

Jednak wiele wskazuje, że w najbliższej przyszłości banki mogą co najwyżej spodziewać się stabilizacji (lub nawet niewielkich spadków pod względem liczby kredytów). O kredyty walutowe ubiegać się może coraz mniejsza grupa klientów, oprocentowanie kredytów złotówkowych jest ciągle bardzo wysokie, zaś kredyty w ramach programu Rodzina na Swoim dla klientów z większych miast stały się praktycznie niedostępne (niski limit cen metra kwadratowego).

Analitycy spodziewają się więc, że kolejne kwartały 2011 roku będą pod względem liczby kredytów słabsze niż w 2010 roku. Spadek nie powinien jednak przekroczyć kilku procent, a w całym 2011 roku liczba udzielonych kredytów wyniesie ok. 225-235 tys. kredytów.

W tej chwili klient może mieć dostęp do swojego konta – i pieniędzy – 24 godziny na dobę, siedem dni w tygodniu. Czasy, gdy do zlecenia przelewu konieczna była wizyta w oddziale są już za nami. Choć oczywiście są klienci, którzy zdecydowanie preferują bankowość „okienkową” i z bankowości internetowej – i szerzej, elektronicznej – nie korzystają wcale.

Banki wiedzą o tych różnych preferencjach klientów – i równolegle poszerzają dostęp do kont przez kanały elektroniczne – Internet i telefon, a także Internet w telefonie i rozbudowują sieć placówek, tak by każdy klient mógł znaleźć dla siebie najdogodniejszy sposób dostępu do swoich pieniędzy, a także produktów bankowych. Bo oprócz banków czysto internetowych – takich jak choćby mBank – zdecydowana większość instytucji to „banki z krwi i kości”, dostępne również w realu. Czyli – w oddziale, gdzie nawet najbardziej przekonany do bankowości internetowej klient może np. wpłacić pieniądze na konto, podjąć większą sumę pieniędzy, dopytać się o szczegóły interesujących go produktów bankowych, wyjaśnić niezrozumiałe lub sporne pozycje w comiesięcznym wyciągu…W oddziale legitymujemy się zwykle dowodem osobistym – chyba, że chcemy tylko zapytać o warunki lokaty czy kredytu.

Siadając przed komputerem nie musimy wyciągać dowodu osobistego. Wystarczy identyfikator (numer identyfikacyjny, login) i hasło. I już jesteśmy w banku – możemy zlecać przelewy, modyfikować zlecenia stałe, poszerzać listę kontrahentów, przeglądać historię rachunku, spłacać kredyty – a także zapoznawać się z ofertą banku dla nas. Ważne! Do wykonywania operacji bankowych potrzebujemy jeszcze dodatkowej autoryzacji. Niektóre banki stosują listę haseł, inne przeszły już na bardziej nowoczesne rozwiązania – przysyłają SMS jednorazowe hasła lub wydają klientom tokeny, które same generują hasło do potwierdzenia transakcji.

Jeśli ktoś preferuje telefon jako kanał dostępu, może korzystać – po podaniu hasła – albo z automatycznego systemu obsługi (jest on w większości banków bezpłatny), albo zlecać operacje – np. spłatę karty czy dokonanie przelewu – konsultantowi. Za takie operacje z kolei się płaci, choć znacznie mniej niż za obsługę w oddziałach banku.

Eksperci bankowi nie mają wątpliwości: już w tej chwili możliwe jest – technicznie – wdrożenie całkowicie wirtualnych kontaktów klienta z bankiem. Możliwa jest sytuacja, w której klient, chcący otworzyć rachunek w banku czy zaciągnąć kredyt łączy się z doradcą w banku, wybiera przedstawioną mu ofertę, czyta umowę na ekranie, akceptuje ją podpisem elektronicznym (za pomocą komórki). I już.

To kolejny krok – według ekspertów – w rewolucji, jaka dokonała się w bankowości dzięki Internetowi. Już dziś miliony klientów korzystają z kont bankowych bez konieczności odwiedzania placówek. Przelewy, kupowanie jednostek funduszy inwestycyjnych, zakładanie lokat, spłacanie kredytów – to wszystko jest możliwe online. Jednak nawet w przypadku kont internetowych ciągle nie ma mowy o w pełni wirtualnej obsłudze: zdecydowana większość banków dokumenty do klientów wysyła kurierem, co jest rozwiązaniem dla klienta być może wygodniejszym niż wizyta w oddziale, ale zdecydowanie niedostosowanym do ambicji bankowców i oczekiwań klientów.

ING Bank Śląski kilka miesięcy temu, jako pierwszy bank w Polsce, udostępnił klientom kont ing możliwość wideorozmowy z konsultantami Contact Centre online. Klient, który ma połączenie z Internetem, kamerę i mikrofon, korzystając z dowolnej przeglądarki może przeprowadzić rozmowę.
Twórcy wideoinfolinii ING zapewniają, że w kolejnym kroku będzie możliwe wprowadzenie do oferty banku wirtualnego oddziału, w którym klient będzie mógł nie tylko rozmawiać z konsultantem, ale również podpisywać wszystkie umowy online. Sfinalizowanie umów i podpisanie dokumentów zapewniać będzie mobilny podpis elektroniczny dostarczany przez firmę MobiTrust. Jednak w ING Banku na razie trwają testy wideorozmów – kwestia rozbudowy systemu na razie jest w sferze potencjalnych rozważań.
Wideorozmowa z konsultantem już działa, ale wdrożenie funkcji, która umożliwia zdalne podpisanie umowy jest nadal kwestią przyszłości. Teoretycznie umożliwia to podpis elektroniczny, który funkcjonuje w Polsce już od dziesięciu lat. W praktyce jednak koszty wyrobienia takiego podpisu są zbyt wysokie dla przeciętnego klienta banku. Twórcy wirtualnego oddziału upatrują jednak szansy w mobilnym podpisie elektronicznym.
Eksperci są zgodni, że dla klienta najlepszym rozwiązaniem byłaby opcja mobilnego podpisu elektronicznego, jako narzędzia do autoryzacji transakcji bankowych. W takim mobilnym podpisie elektronicznym nośnikiem klucza prywatnego jest karta SIM zamieszczona w telefonie komórkowym. Czytnikiem jest telefon. Transakcje zatwierdzane przez mobilny podpis elektroniczny są bezpieczne, bo korzystają z dwóch niezależnych urządzeń i dwóch niezależnych kanałów autoryzacji: internetu i telefonu komórkowego. Aby skorzystanie z takiego podpisu było możliwe, klient musi tylko wprowadzić specjalny kod PIN w telefonie.

 

W tej chwili mobilny podpis elektroniczny udostępnia tylko sieć Plus – i to wyłącznie klientom biznesowym (koszt to 10 zł miesięcznie). Oczywiście, gdyby usługę wprowadzili też inni operatorzy, cena mogłaby znacząco spaść. Eksperci uważają, że jest to tylko kwestią czasu – konkretnie, kilku miesięcy.
Pytanie tylko, czy klienci indywidualni szybko przekonają się do „nowinki”, jaką jest podpis elektroniczny. Banki nie będą chętne do inwestowania w infrastrukturę i tworzenia wirtualnych oddziałów, jeśli będą one „świecić pustkami”. Patrząc po rozwoju mobilnej bankowości komórkowej można sądzić, że na ekspansję wirtualnych oddziałów jeszcze trochę przyjdzie nam poczekać.